wstydliwe wyznania

23 lut

mam takich dużo, a kilka z nich nawet ujrzało już światło dzienne tudzież nocne, ale przede wszystkim twitterowe. za dużo mnie na tym twitterze stanowczo.

takie pierwsze z brzegu to “nie lubię miłych ludzi”, bo mili ludzie są nudni i irytujący tym swoim dobrem promieniującym na wszystkich i wszystko i do wyrzygania i ratunku. mili ludzie są realnym odpowiednikiem papierowego bohatera z powieści. niby jest i niby nie masz nic do zarzucenia i fajnie, ale taki nieprawdziwy i gdzie są emocje i zdzierżyć nie możesz, tzn. ja nie mogę.

kobiet też nie lubię, w moim wieku i młodszych. starszych jakoś ta reguła nie dotyczy. nie żeby od razu wszystkich, ale czasem aż mnie trzęsie ze złości i ręka (w realu) bądź opuszki palców (po Internetach) świerzbi by dać upust tłumionym emocjom. dla równowagi jeśli już jakąś polubię to stosuję zasadę równych i równiejszych i może taka panna robić głupoty, za które inna zostałaby wdeptana w ziemię.

czasem mam napady, że będę zen i kwiat lotosu na spokojnej tafli jeziora i kobieta-anioł i toleruję pewne osoby w ramach triumfu ducha nad materią. co gorsza, robię to często nieświadomie i wszystko jest w porządku do momentu kiedy odkrywam, że nie lubię i irytuje mnie, takie odkochanie się i opadające łuski z oczu. wtedy od zera do setki w ułamku sekundy i głupie pytanie o godzinę jest w stanie doprowadzić mnie to wybuchu.
a dla osób, których nie lubię jestem bezwzględna, rzekomo.

bywam też dziko zazdrosna, neurotyczna i maniakalno-depresyjna.
to tak w ramach “nie mówcie, że nie ostrzegałam”.

-

obiecuję, że kiedyś napiszę coś ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. coś co będzie miało ręce i nogi i nie będzie przerostem formy nad treścią. albo treścią bez formy. coś co przykuje uwagę od pierwszego zdania i będzie trzymać w napięciu do błyskotliwej puenty. kiedyś, ale nie dzisiaj.

dołeczki

19 lut

bynajmniej nie takie od uśmiechu w policzkach. “bynajmniej”, a nie “przynajmniej”. tak żeby nie było żadnych wątpliwości.

żeby tego było mało źle dobieram sobie lektury. powinnam postawić na wesołe książeczki w kolorowych okładkach, a tu same Palahniuki i Karpowicze bądź brutalne mordy pod skandynawskim niebem. w szarości.
i biorę tę całą literaturę zbyt poważnie, zbyt osobiście. szczególny problem stanowią autorzy pokolenia siedemiks. miałam być chłopcem urodzonym w latach 70-tych piszącym duszną od emocji prozę. traf chciał, że jestem dziewczynką z polibudy z dwoma ósemkami w metryce. duszącą się od emocji.

gdybym była jednak neurotycznym trzydziestokilkuletnim literatem nie odkryłabym remedium na koszmarne sny. albo leczyłabym się whisky. albo lekami. albo lekami z whisky. nieekonomicznie i niezdrowo (w opcji 2 i 3).

a tak moim talizmanem jest koszulka Roberta i o tym tak naprawdę jest ta notka. odnalazłam uznany za bezpowrotnie stracony t-shirt i śpię spokojnie.

bezsensowny ciąg myślowy – cała ja.

nosi mnie

13 lut

od kilkunastu dni.

budzę się w środku nocy z niemym krzykiem i migotaniem przedsionków. przechodzę od względnego spokoju do skrajnej wściekłości w czasie, którego nie powstydziliby się konstruktorzy porsche. książka nie potrafi przykuć uwagi, muzyka drażni, a cisza irytuje. na nic nie mam ochoty. mówiąc “nic” jestem tak bliska prawdy jak to tylko możliwe. seks? nie, dziękuję. czekolada? zjem, ale bez przekonania. wino? może innym razem…

no ewentualnie bym komuś przysunęła z otwartej. i rozpłakała się – w tym jestem ostatnio dobra.

potworny jest ten luty. myślałam sesja – nerwy, przejdzie mi. tymczasem nie przechodzi, a jest coraz gorzej. niech ktoś przyjdzie, uratuje, ugłaszczę, bo się wykończę i to dość szybko.

ni mniej, ni więcej, a “jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi” wersja Katowice.

Vici

30 sty

Reblogged from Gorzki żywot Irenki:

  • Kliknij, aby wyświetlić oryginalny wpis

Ten jeden raz możecie utożsamić Irenkę z autorką i pomnożyć ten strip razy trzy. To wszystko co mam na swoją obronę.

veni, vidi i… nici. ech.

no phone

25 sty

A: co jest?

ja: rozwaliłam Jeżynkę.

A: o czyjąś twarz?

ja: nie…

A: o ścianę rozmawiając z nim?

(nie mam pojęcia o jakiego niego miałoby chodzić, ale niech będzie.)

razem z BB umarła część mojej duszy, a że nie miałam jej za wiele na starcie to jaki jest efekt każdy widzi. a jeśli nie każdy to przynajmniej Katowiczanie, którzy mieli przyjemność być świadkami mojego śmiechu pełnego radości gdy na rogu Opolskiej i Słowackiego zderzyły mi się przed twarzą dwa samochody.
prawdziwa devil’s wife. or something.

anyway… Jeżyna na powidła, ja z jakimś gównianym samsungiem, który zbierał kurz lat ponad 2. matkobosko trzymcie mnie, bo nie strzymia z tą słuchawką. nie dzwońcie do mnie i niech Was ręka boska broni od zmuszania mnie do pisania smsów. łzy w oczach i latające bluzgi, a używam telefonu od pół godziny.

ciekawym jednak doświadczeniem było zajrzenie do pamięci rzeczonego szajsunga, która czyszczona te 2 lata z okładem temu nie była, bo i po co. otóż znalazłam tam dwie mp3: “Orient Express” Muariolanzy i “Fire Fights” So So Modern (OFF Festival 2008 – pamiętamy!) i dobrze, że znalazłam, bo z głupim biiiip biiip zamiast dzwonka oszalałabym już na 100%.

ale bardziej rozbawiły mnie zdjęcia… po pierwsze Michał. Michał, jeden z zastępu Michałów, o którego istnieniu skutecznie zapomniałam, a tu zdjęcie i srrru… tona kurzu wzbiła się w powietrze, wywołując atak kaszlu. dalej Jason Statham w ilości 3. lubię! jak widać mój dobry gust walczył zaciekle i nie dawał się zaślepić pseudomiłostkom. logo Trafri. ojacie… fajnie było, nie? zdjęcie plakatu Muariolanzy (wersja pomarańczowa). jeśli mnie pamięć nie myli plakat ten wisiał w szkole w Chorzowie Batorym (albo Starym). i piękne zdjęcie mojito wykonane w ś.p. Cogitaturze na urodzinach Agaty 7 lutego 2009.

oui, takie rzeczy…

wspomnienia, wspomnienia… miło było, ale teraz na poważnie: z kim mam się umówić żeby dostać nowy telefon? może być nawet curve. oddajcie mi Jeżynkę, bo będzie źle!

-

nuta na dziś jak najbardziej na miejscu

Tagi: , ,

love is in the air

24 sty

nie lubię ślubów i wesel. od zawsze na zawsze. i nie jest to o dziwo niechęć sponsorowana stanem “nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie chce. nikt mi nie poda szklanki wody na starość, a ukochany owczarek alzacki/kot zdąży mi zjeść pół twarzy zanim sąsiedzi się połapią, że ich sąsiadka zza ściany, no wiesz ta stara panna spod 9 to chyba dawno nie wychodziła – może zadzwońmy po policję?”, swoją drogą zanotować: na starość utrzymywać względnie dobre stosunki sąsiedzkie.

moja niechęć jest całkowicie racjonalna i ma podłożę estetyczne. szlag mnie jasny trafia kiedy względnie normalni ludzie o nie najgorszym guście i ciekawych zainteresowaniach nagle, niczym dr Jekyll i Mr Hyde, zmieniają twarz i choćbyś się skichała nie da się, no po prostu się nie da z nimi porozmawiać. sale, nauki przedślubne (u półateistów) i szukanie fotografa można jeszcze przeżyć, ale dusza mnie boli kiedy przychodzi do wybierania kiecek i oprawy całego spędu. tiul, brokat, pawie pióra w tyłku i fontanna z łez wszystkich niewinnych z dobrym gustem dla uświetnienia ceremonii. dżisas krajst, weźcie mnie trzymajcie, bo wyjdę z siebie i stanąwszy obok popełnię zbiorowe, rytualne samobójstwo w stylu double headshot, zgarniając wysokie noty za synchro występu.

jakby tej żółci i jadu było mało ostatnio doszłam do wniosku, że zakochanie i zakochani też mnie irytują. ten etap co to są ślepi i oni i to ich uczucie. i umierają radośnie z miłości, a postronni obserwatorzy umierają z nimi po stokroć.
o Wszechświecie! jaka ja musiałam być irytująca w wieku lat 19 kiedy to wydawało mi się, że kocham na zabój i w męczarniach zejdę z tego padołu łez, bo to jest ten jedyny, ale być z nim nie mogę. a przecież różnica wieku to pikuś, bo ja jestem dojrzała i mamy tyle ze sobą wspólnego. a figa! gówniarą byłam, a łączyło nas tyle, że… szkoda gadać. z tym poprzednim z resztą też i wiem, że rozwaliłabym to szybciej niż zdążyłabym powiedzieć “tak” przy ołtarzu.

jak już mówiłam umrę sama zjedzona przez ukochanego kota, którego najpierw muszę kupić. kot do kochania i życiowy zapas wibratorów do… szuflady.

-

idę się uczyć, bo mam sesję, więc robię wszystko tylko nie to co powinnam, ju noł.

the best of – 2012

18 sty

aby życie w końcu zrozumiało, że to jednak nie Ty powinnaś mieć pod górkę, tylko górka pod Ciebie!

wszystkiego, co fajne, warte uwagi, burzące formę i składające na nowo.

W tym szczególnym dniu kiedy twój wall pęka od życzeń chciałbym ci powiedzieć, że zrobiłem ci przelew oddając ci od serca 56zł.

po 1. wszystkiego najlepszego. po 2. o k***a! niech sie p****e p**** j****y.

Sssooo laaat sssooo laaat eee yyyjeee yyyjeee aaammm !!! Umpf!

żebyś znalazła sobie faceta, a mnie ojca, który mnie wychowa.

nananana w twe urodziny ulepmy bałwana!

-

za te i pozostałe, równie cudne i kochane, ślicznie dziękuję. choć ilością życzeń seksu robicie ze mnie nimfomankę. ;-)

rude in wonderland

12 sty

mam pewną cechę, która daleka jest od bycia cnotą. otóż zawsze gdy mam coś mówić, wygłaszać, referować to moje przygotowanie jest w najlepszym razie średnie. każdorazowo wychodzę z (mylnego) założenia, że przecież głupia nie jestem i jakoś słuchaczy zagadam. poza tym napisałam? napisałam. skoro napisałam to wiem co tam jest i jakoś to będzie, więc chodźmy na żywioł. i tak zwyczajem się stało, że złożony konspekt sobie, a ja sobie. w tekście rzeczowo i merytorycznie, a na żywo bardziej pop, bardziej pod publikę, własnymi słowami i obrazowo.

gdy coś mi się podoba to mówię o tym z pasją, przekraczając przeznaczony na wystąpienie czas. gdy coś mi się nie podoba to z ust moich pada konieczne minimum i ani dźwięku więcej. do historii już przeszła moja prezentacja rozwiązania oczyszczania gleby przez wypalanie w piecu fluidalnym. mówiłam, z zegarkiem w ręku, 8 minut (koleżanki po 40) i zakończyłam stwierdzeniem, że nie będę się w temat zagłębiać, bo technologia ta i tak jest nieopłacalna. najzabawniejszy jest fakt, że dostałam z przedmiotu 5.

albo ostatnio. technologie dla nowoczesnej architektury. temat cudeńko, pozwolił mi na buszowanie po stronach o architekturze bez wyrzutów sumienia, że marnuję czas. zwyczajowo wessało mnie kwk promes na długie minuty i wypuścić nie chciało. no, ale jako, że musiałam pożenić ten temat z kierunkiem studiów to nie było tak idealnie. szczególnie, że o zielonych dachach i budownictwie pasywnym już było.

mój przepis na prezentacje wyglądał, więc następująco:

  • weź rzecz, którą kochasz – Katowice,
  • sięgnij po 3 garści architektury, na której w sumie się nie znasz, ale uwielbiasz obcować z,
  • podsyp całość nowoczesnymi ścianami zewnętrznymi z naciskiem na rodzaje szklenia (żeby było coś na temat),
  • zmiksuj i gotowe!

poopowiadałam o biurowcu energooszczędnym, który znajduje się 2 przystanki od mojego domu. grzecznie przeszłam do szkła aktywnego i zakończyłam małym przeglądem polskiej architektury ostatnich lat. myślałam, że mam mało i będzie krótko, ale nie wiedzieć kiedy się rozgadałam i wyszło ponad 25 minut. dodatkowo zadziałał mój szósty zmysł i znowu trafiłam w czuły punkt prowadzącego przykuwając jego uwagę i wprawiając w zachwyt opisem domów na wodzie. ciekawe jak mój ultimate-improwizujmy-jakoś.to.będzie.-szoł przełoży się na ocenę w indeksie. może w końcu ledwo dociągnę do 3 i postanowię się zmienić, zmądrzeć, wydorośleć?

-

tytuł notki może i wzięty z sufitu, ale mój blog to sobie mogę, prawda?

moi chłopcy – suplement

6 sty

chyba jestem winna maleńkie sprostowanie. przedwczorajszy wpis nie był depresyjny, był odnotowaniem pewnego trendu, a powstał prawdopodobnie tylko dlatego, że nie miałam co czytać w autobusie.

to nie tak, że jestem biedna i skrzywdzona, bo “jednorazowe” znajomości tudzież takie o krótkim terminie przydatności do spożycia są moją specjalnością. mam wiele najlepszych koleżanek, z którymi urywałam kontakt niemal w chwili otrzymania świadectwa danej szkoły. a co do chłopców to… napsułam im tyle samo krwi co oni mnie. jeśli nie więcej.

jestem osobą, która w wieku 8 lat na pytanie jednego młodzieńca “czy będę z nim chodzić” (kocham to sformułowanie, muszę sobie googlnąć jego genezę) odpowiedziała coś w stylu “po co? nie zawracaj mi głowy”. taka młoda, a już pierwsze spławienie na koncie i to starszego o kilka lat chłopca (tylko tyle pamiętam, że był starszy). teraz pewnie facet jest modelem bielizny, a mi by się na jego widok owulacja przyspieszała. wolę nie wiedzieć by nie żałować.

w wieku 13 lat bez wyraźnego powodu powiedziałam jednemu koledze (pod kościołem na religii, zawsze na mnie ten zabobon negatywnie wpływał, ot co!), że go nie lubię i nigdy nie polubię i niech przestanie się zachowywać jak gówniarz (13 lat!). swoją drogą słowa dotrzymałam i nie lubię go nadal.

w sytuacji półintymnej jeden jegomość usłyszał, żeby się do mnie nie odzywał, bo naprawdę nie mam ochoty go słuchać, tylko kontynuował. [sic! jestem świnia bez serca].

już na studiach gdy spotkałam kolegę z ogólniaka (lubianego przeze mnie, dla którego byłam miła. serio) i chwilę z nim pogadałam, a na pożegnanie dałam buziaka to stwierdził, że przez 3 lata liceum nie byłam dla niego tak miła. (?!)

a K. przez pierwsze kilka(naście) imprez przedstawiał się “ten gość, którego imienia nigdy nie pamiętasz”. choć po chwili zastanowienia, pewnie na początku przedstawiał się normalnie, a dopiero po jakimś czasie skapitulował.

takich moich złotych momentów pamiętam jeszcze kilka, wielu nie pamiętam, a buk raczy wiedzieć z ilu nie zdaję sobie sprawy. dlatego wszystkim, którzy ze mną wytrzymywali i wytrzymują należy się Krzyż Walecznych i… bezpłatne konsultacje psychiatryczne.

-

udanego łinedu Misiowie Puszyści.
a ja idę się ślinić na klatę Jasona Stathama.

moi chłopcy

4 sty

naszła mnie dziś taka myśl. nie wiem czy to przez utajoną depresję czy przez deszcz, stawiam jednak na deszcz, bo moja depresja nigdy nie jest utajona tylko jest dołem rozmiarów krateru po apokaliptycznym zderzeniu z asteroidą. kolejna rzecz, która dyskredytuje moją ukochaną Anglię jako miejsce stałego zamieszkania. no bo co? przyjadę i po tygodniu się potnę. względnie zostanę twórcą w klimatach Edgara Allana Poe… ale wracając do przemyśleń (te dygresje mnie kiedyś zgubią, jak babcię kocham).

otóż. na każdym etapie edukacji, że to tak ładnie nazwę, miałam “kolegę”. takiego ktosia, że to więcej niż kolega, ale jeszcze nie przyjaciel. of kors stopniowanie to jest obce młodzieży, która ma setki przyjaciół na fejsie. jeżeli teraz szybciutko policzycie ile mam lat, podzielicie przez liczbę szkół, przemnożycie przez obwód w pasie i odjąwszy pewną liczbę scałkujecie to wyjdzie Wam 3. byli to kolejno M., M. i K (tym ostatnim zawaliłam, było znaleźć jakiegoś na “m”, wkradłby się był mistycyzm i magia).

pierwszy M. był najfajniejszym chłopakiem w klasie i przychodził po mnie po szkole żebym wyszła z nim na podwórko. wszystkie koleżanki mi zazdrościły. nieoficjalnie M. chodził (dżisaskrajst, no ale to była podstawówka) z jedną taką śliczną dziewczyną i tak się składa, że była ona moją koleżanką. [cięcie]

drugi M. był, jak się w pewnym momencie okazało, najinteligentniejszym facetem w klasie. przez pewien czas się nie znosiliśmy, a później nam się odwróciło o 180 stopni. M. leciał na pannę, która była wtedy moją najlepszą koleżanką. [cięcie]

no i K… byliśmy chwilę prawie nierozłączni. próbował coś ugrać z jedną koleżanką, z którą też byłam chwilę prawie nierozłączna. [cięcie]

widzicie jakieś punkty wspólne w przedstawionych scenach? bo mi po szybkiej analizie wychodzi, że żaden z tych facetów nie lubił mnie dla mnie. a myślałam, że to kobiety są lepsze w takich gierkach. łojesusie… gdyby nie to, że moja samoocena gruchnęła o klepisko już jakiś czas temu to by było ze mną teraz kiepsko. choć niby zawsze może przebić dno i lecieć niżej.

całe te rozważania przywodzą nas do następującej kwestii: chce się kto ze mną zaprzyjaźnić? mam jeszcze 2 fajne, wolne koleżanki.

-

p.s. ciekawe co w takim razie kierowało moim prześladowcą z klasy maturalnej?

Tagi: , ,

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 210 other followers