mam takich dużo, a kilka z nich nawet ujrzało już światło dzienne tudzież nocne, ale przede wszystkim twitterowe. za dużo mnie na tym twitterze stanowczo.
takie pierwsze z brzegu to “nie lubię miłych ludzi”, bo mili ludzie są nudni i irytujący tym swoim dobrem promieniującym na wszystkich i wszystko i do wyrzygania i ratunku. mili ludzie są realnym odpowiednikiem papierowego bohatera z powieści. niby jest i niby nie masz nic do zarzucenia i fajnie, ale taki nieprawdziwy i gdzie są emocje i zdzierżyć nie możesz, tzn. ja nie mogę.
kobiet też nie lubię, w moim wieku i młodszych. starszych jakoś ta reguła nie dotyczy. nie żeby od razu wszystkich, ale czasem aż mnie trzęsie ze złości i ręka (w realu) bądź opuszki palców (po Internetach) świerzbi by dać upust tłumionym emocjom. dla równowagi jeśli już jakąś polubię to stosuję zasadę równych i równiejszych i może taka panna robić głupoty, za które inna zostałaby wdeptana w ziemię.
czasem mam napady, że będę zen i kwiat lotosu na spokojnej tafli jeziora i kobieta-anioł i toleruję pewne osoby w ramach triumfu ducha nad materią. co gorsza, robię to często nieświadomie i wszystko jest w porządku do momentu kiedy odkrywam, że nie lubię i irytuje mnie, takie odkochanie się i opadające łuski z oczu. wtedy od zera do setki w ułamku sekundy i głupie pytanie o godzinę jest w stanie doprowadzić mnie to wybuchu.
a dla osób, których nie lubię jestem bezwzględna, rzekomo.
bywam też dziko zazdrosna, neurotyczna i maniakalno-depresyjna.
to tak w ramach “nie mówcie, że nie ostrzegałam”.
-
obiecuję, że kiedyś napiszę coś ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. coś co będzie miało ręce i nogi i nie będzie przerostem formy nad treścią. albo treścią bez formy. coś co przykuje uwagę od pierwszego zdania i będzie trzymać w napięciu do błyskotliwej puenty. kiedyś, ale nie dzisiaj.
