Archiwum | Luty, 2012

wstydliwe wyznania

23 lut

mam takich dużo, a kilka z nich nawet ujrzało już światło dzienne tudzież nocne, ale przede wszystkim twitterowe. za dużo mnie na tym twitterze stanowczo.

takie pierwsze z brzegu to “nie lubię miłych ludzi”, bo mili ludzie są nudni i irytujący tym swoim dobrem promieniującym na wszystkich i wszystko i do wyrzygania i ratunku. mili ludzie są realnym odpowiednikiem papierowego bohatera z powieści. niby jest i niby nie masz nic do zarzucenia i fajnie, ale taki nieprawdziwy i gdzie są emocje i zdzierżyć nie możesz, tzn. ja nie mogę.

kobiet też nie lubię, w moim wieku i młodszych. starszych jakoś ta reguła nie dotyczy. nie żeby od razu wszystkich, ale czasem aż mnie trzęsie ze złości i ręka (w realu) bądź opuszki palców (po Internetach) świerzbi by dać upust tłumionym emocjom. dla równowagi jeśli już jakąś polubię to stosuję zasadę równych i równiejszych i może taka panna robić głupoty, za które inna zostałaby wdeptana w ziemię.

czasem mam napady, że będę zen i kwiat lotosu na spokojnej tafli jeziora i kobieta-anioł i toleruję pewne osoby w ramach triumfu ducha nad materią. co gorsza, robię to często nieświadomie i wszystko jest w porządku do momentu kiedy odkrywam, że nie lubię i irytuje mnie, takie odkochanie się i opadające łuski z oczu. wtedy od zera do setki w ułamku sekundy i głupie pytanie o godzinę jest w stanie doprowadzić mnie to wybuchu.
a dla osób, których nie lubię jestem bezwzględna, rzekomo.

bywam też dziko zazdrosna, neurotyczna i maniakalno-depresyjna.
to tak w ramach “nie mówcie, że nie ostrzegałam”.

-

obiecuję, że kiedyś napiszę coś ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. coś co będzie miało ręce i nogi i nie będzie przerostem formy nad treścią. albo treścią bez formy. coś co przykuje uwagę od pierwszego zdania i będzie trzymać w napięciu do błyskotliwej puenty. kiedyś, ale nie dzisiaj.

dołeczki

19 lut

bynajmniej nie takie od uśmiechu w policzkach. “bynajmniej”, a nie “przynajmniej”. tak żeby nie było żadnych wątpliwości.

żeby tego było mało źle dobieram sobie lektury. powinnam postawić na wesołe książeczki w kolorowych okładkach, a tu same Palahniuki i Karpowicze bądź brutalne mordy pod skandynawskim niebem. w szarości.
i biorę tę całą literaturę zbyt poważnie, zbyt osobiście. szczególny problem stanowią autorzy pokolenia siedemiks. miałam być chłopcem urodzonym w latach 70-tych piszącym duszną od emocji prozę. traf chciał, że jestem dziewczynką z polibudy z dwoma ósemkami w metryce. duszącą się od emocji.

gdybym była jednak neurotycznym trzydziestokilkuletnim literatem nie odkryłabym remedium na koszmarne sny. albo leczyłabym się whisky. albo lekami. albo lekami z whisky. nieekonomicznie i niezdrowo (w opcji 2 i 3).

a tak moim talizmanem jest koszulka Roberta i o tym tak naprawdę jest ta notka. odnalazłam uznany za bezpowrotnie stracony t-shirt i śpię spokojnie.

bezsensowny ciąg myślowy – cała ja.

nosi mnie

13 lut

od kilkunastu dni.

budzę się w środku nocy z niemym krzykiem i migotaniem przedsionków. przechodzę od względnego spokoju do skrajnej wściekłości w czasie, którego nie powstydziliby się konstruktorzy porsche. książka nie potrafi przykuć uwagi, muzyka drażni, a cisza irytuje. na nic nie mam ochoty. mówiąc “nic” jestem tak bliska prawdy jak to tylko możliwe. seks? nie, dziękuję. czekolada? zjem, ale bez przekonania. wino? może innym razem…

no ewentualnie bym komuś przysunęła z otwartej. i rozpłakała się – w tym jestem ostatnio dobra.

potworny jest ten luty. myślałam sesja – nerwy, przejdzie mi. tymczasem nie przechodzi, a jest coraz gorzej. niech ktoś przyjdzie, uratuje, ugłaszczę, bo się wykończę i to dość szybko.

ni mniej, ni więcej, a “jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi” wersja Katowice.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 245 other followers