Dopięłam swego! Odkąd Teresa opisał bytomskie wojaże na blogu, przebierałam nogami niecierpliwie czekając na moment kiedy posadzę swoje szacowne 4litery na widowni Opery Śląskiej. Szczęśliwe zrządzenie losu sprawiło, że nie musiałam nawet jechać do Bytomia, bo Don Carlos przyjechał do mnie, a konkretnie na deski Teatru Śląskiego.
Jak na rasową singielkę przystało zakupilam bilet w ilości sztuk 1 i przyodziawszy nową kieckę i 13 cm fioletowe koturny, ruszyłam do centrum. Już po powrocie przeczytałam, że Don Carlos nie jest operą dla laików, bo ci nie docenią jej w pełni. Podążając za tą tezą, powinnam być wdzięczna moim niewprawnym uszom, bo skoro jako laik wyszłam na zabój zakochana to gdybym doceniła dzieło Verdiego w pełni, mogłoby mnie to zabić.
Traf chciał, że Teresa (który został chwilowo i nieświadomie moim alfą i omegą w tym temacie) widział Don Carlosa w niemal całkowicie innej obsadzie, więc mój wstępny research szlag trafił. Byłam zdana na siebie.
Tytułowa postać (Sylwester Kostecki) nie rzucała na kolana. Nie mnie oceniać czy zawinił śpiewak (niewprawne ucho, cóż zrobisz?), ale ponoć Pan Kostecki jest dobry w swoim fachu, więc wysuwam przypuszczenie, że cipowatość Carlosa rzutuje na odbiór tej postaci i nawet gdyby wcielił się w niego jakiś młody bóg to dalej by coś nie grało. Główne postacie kobiece, czyli Elżbieta (Anna Wiśniewska-Schoppa) i Eboli (Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak) pięknie wyśpiewane. Ta druga zdaje się być gwiazdą wiekszego kalibru, biorąc pod uwagę żywiołowe reakcje publiczności. Ja natomiast serce moje i uszy i duszę (jeśli takową posiadam) oddałam odtwórcy Posy (Adam Woźniak). Nie dość, że Pan Woźniak pochwalić się może niezgorszym fizis to głos jego przyprawiał mnie o dreszcze rozkoszy. Dawno tak intensywnie nie przeżywałam muzyki.
Mimo, że Stanisław Wyspiański “teatr swój widział ogromny” to scena Teatru Śląskiego do ogromnych nie należy. Scenografia się jednak zmieściła, aktorzy nie wchodzili sobie na głowę, a na dodatek wszystko wyglądało wspaniale. To w moim odbiorze karkołomy wyczyn, który należy docenić.
Całość sprawiła, że przepadłam i już radośnie zacieram ręce na myśl o Madame Buttlerfly 10 października. Ktoś chętny?

