Archiwum | w rozjazdach RSS feed for this section

mały apdejt

13 lis

miałam pisać regularnie, ale nie wyszło, bo trochę tak jakby nicość i nudy i nic nowego.

bo niby runęły mi schody w Kitschu prawie na głowę, ale po pierwsze primo błogosławiony burn (napój taki energetyczny, onegdaj reklamowany w gej klubach, taka ciekawostka i dygresja) uratował nam skórę i nic nam się nie stało, a po drugie primo (musiałam, po prostu musiałam), a więc po drugie primo kombinacja słów Wielopole, schody, runąć i dyskoteka doprowadza mnie do szewskiej pasji. a w ogóle to sami jesteście dyskoteka.

i nawet mnie żaden strażak o wyglądzie nordyckiego boga, piersi szerokiej i bicepsie imponującym nie porwał w ramiona i wyniósł, uniósł, uratował. co to ma być ja się pytam?!

enyłej.

wyszłam przynajmniej z całego tego weekendu z książką w dłoni z dedykacją od Witkowskiego Michała, literata z Wrocławia, rocznik ’75, znanego i uznanego. jeśli nie znacie i nie uznajecie toście nie na bieżąco i już pytać wujka Google i ciocię Wikipedię i się ładnie przygotować, bo będę odpytywać następnym razem.

w pracy też byłam dwa razy w ubiegłym tygodniu, ale jakoś nie zmieniło to mojego życia na lepsze. może zmieniło to na lepsze życie moich klientów, ale zasadniczo mnie to nie do końca obchodzi, bo ja im pod kołderkę zaglądać nie będę. w temacie pracy dodam jeszcze tylko, że chyba trzeba będzie się zacząć poważnie zastanowić nad jej zmianą, bo… no kilka powodów bym znalazła.

mogłabym jeszcze wspomnieć o tym, że irytują mnie ludzie, którzy wokół i pałętają się pod nogami i roszczą sobie prawa i zmuszają mnie do wysłuchiwania ich maluczkich problemów (jeśli ci jest źle z twoim beznadziejnym facetem to go zostaw, a nie będziesz mi truć dupę. jakby mnie to cokolwiek obchodziło. przecież jestem samolubną suczą i weź mnie sobie tak kurnia zapisz w telefonie to może zapamiętasz. o!). mogłabym o tym wspomnieć, ale po co.

na zakończenie tej przydługiej, nieskładnej notki o niczym (macie mały wgląd w moją głowę. przerażające, prawda?) powiem wam jeszcze, że w środę byłam u Skórki i jadłam takie o KILK przepyszne ciastko i piłam wino i plotkowałyśmy cały wieczór. zazdrośćcie mi.

nie dajcie się zjeść poniedziałkowi
i do tymczasa!

przerwa w transmisji

23 wrz

nieźle mi szło, prawda?

niestety chwilowo toczę boje z mą zacną alma mater, więc trochę jestem w rozjazdach i tracę cenne wolne chwile w zakichanych Gliwicach. jak tylko to poogarniam bądź pójdę do pracy na 10 powinno się tu coś pojawić.

ja tu jeszcze wrócę!
także stay tuned.

nadciąga sesja…

1 cze

więc nie mam czasu. trochę się podziało przez te kilka dni, ale jakoś nie było chwili by przysiąść i napisać.

w piątek spektakl, pierwszy od tak dawna, że aż wstyd. może napiszę kilka słów później, po egzaminie, który jutro i powinnam się uczyć dokładnie w tej chwili.

w poniedziałek Kraków i poznawanie mojej nowej firmy. jeśli sprawy się dobrze potoczą to zdobędę sporo soczystego materiału na blog o tematyce… jeszcze nie powiem jakiej, ale ja bym taki blog umieściła w rss’ach.

w Krakowie dodatkowo uczenie się prawa wodnego na Plantach i obiad z D. w Relaxie. chciałabym bardzo żeby Katowice zorganizowały sobie takie Planty czy inny Central Park na terenie Śródmieścia. mamy kilka miejsc gdzie można usiąść z książką i notatkami, ale co natura to natura, a do Parku Kościuszki jednak kawałek. może gdyby się udało pchnąć prace przy skwerze wzdłuż Sokolskiej to by wyszło coś fajnego?

czas zabrać się do roboty, bo ekotoksykologia nie nauczy się sama, niestety. nadchodzi pracowity okres dla Mozarta, bo nic tak nie stymuluje mego umysłu jak jego kompozycje.

a przy okazji życzę tym większym i tym mniejszym wszystkiego naj z okazji dnia dziecka.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 245 other followers