miałam pisać regularnie, ale nie wyszło, bo trochę tak jakby nicość i nudy i nic nowego.
bo niby runęły mi schody w Kitschu prawie na głowę, ale po pierwsze primo błogosławiony burn (napój taki energetyczny, onegdaj reklamowany w gej klubach, taka ciekawostka i dygresja) uratował nam skórę i nic nam się nie stało, a po drugie primo (musiałam, po prostu musiałam), a więc po drugie primo kombinacja słów Wielopole, schody, runąć i dyskoteka doprowadza mnie do szewskiej pasji. a w ogóle to sami jesteście dyskoteka.
i nawet mnie żaden strażak o wyglądzie nordyckiego boga, piersi szerokiej i bicepsie imponującym nie porwał w ramiona i wyniósł, uniósł, uratował. co to ma być ja się pytam?!
enyłej.
wyszłam przynajmniej z całego tego weekendu z książką w dłoni z dedykacją od Witkowskiego Michała, literata z Wrocławia, rocznik ’75, znanego i uznanego. jeśli nie znacie i nie uznajecie toście nie na bieżąco i już pytać wujka Google i ciocię Wikipedię i się ładnie przygotować, bo będę odpytywać następnym razem.
w pracy też byłam dwa razy w ubiegłym tygodniu, ale jakoś nie zmieniło to mojego życia na lepsze. może zmieniło to na lepsze życie moich klientów, ale zasadniczo mnie to nie do końca obchodzi, bo ja im pod kołderkę zaglądać nie będę. w temacie pracy dodam jeszcze tylko, że chyba trzeba będzie się zacząć poważnie zastanowić nad jej zmianą, bo… no kilka powodów bym znalazła.
mogłabym jeszcze wspomnieć o tym, że irytują mnie ludzie, którzy wokół i pałętają się pod nogami i roszczą sobie prawa i zmuszają mnie do wysłuchiwania ich maluczkich problemów (jeśli ci jest źle z twoim beznadziejnym facetem to go zostaw, a nie będziesz mi truć dupę. jakby mnie to cokolwiek obchodziło. przecież jestem samolubną suczą i weź mnie sobie tak kurnia zapisz w telefonie to może zapamiętasz. o!). mogłabym o tym wspomnieć, ale po co.
na zakończenie tej przydługiej, nieskładnej notki o niczym (macie mały wgląd w moją głowę. przerażające, prawda?) powiem wam jeszcze, że w środę byłam u Skórki i jadłam takie o KILK przepyszne ciastko i piłam wino i plotkowałyśmy cały wieczór. zazdrośćcie mi.
nie dajcie się zjeść poniedziałkowii do tymczasa!