nawet nie wiem ile razy marzyłam o tym by przeorganizowany tydzień miał 2 dni robocze i 5 dni weekendu. takie postawienie wszystkiego na głowie miało być, według rozumowania mojego przemęczonego umysłu, uniwersalnym rozwiązaniem problemów. traf chciał, że moje życzenie wzięło i się spełniło, a ukochana ironia, pod postacią ironii losu, zasadziła mi solidnego kopa w tyłek. “uważaj czego sobie życzysz” and stuff like that.
bo oczywiście te wszystkie rzeczy odkładane na bliżej nieokreślone “kiedyś” dalej czekają na realizację. i tak: kurze ciągle nie pościerane, porządek w szufladach i na półkach jest stanem mocno wątpliwym, a pisząca te słowa dalej nie ma chłopaka, co utwierdza ją w przekonaniu, że staropanieństwo i że ten owczarek alzacki, ju noł.
do tego z nadmiaru czasu odkryłam rzecz paskudną, której się wstydzę potwornie, bo wyszło mi, że jestem zazdrosna i to tak irracjonalnie i głupio, że ujawniam ten fakt tylko w celu ukarania samej siebie. takie paradowanie w worku pokutnym 2.0.
ewolucjo i energio wiązań chemicznych! weźcie mi ześlijcie jakieś zajęcie, bo coś mnie trafi i nie będzie to miało zbyt wysokich walorów estetycznych.
