5 dni weekendu

11 mar

nawet nie wiem ile razy marzyłam o tym by przeorganizowany tydzień miał 2 dni robocze i 5 dni weekendu. takie postawienie wszystkiego na głowie miało być, według rozumowania mojego przemęczonego umysłu,  uniwersalnym rozwiązaniem problemów. traf chciał, że moje życzenie wzięło i się spełniło, a ukochana ironia, pod postacią ironii losu, zasadziła mi solidnego kopa w tyłek. “uważaj czego sobie życzysz” and stuff like that.

bo oczywiście te wszystkie rzeczy odkładane na bliżej nieokreślone “kiedyś” dalej czekają na realizację. i tak: kurze ciągle nie pościerane, porządek w szufladach i na półkach jest stanem mocno wątpliwym, a pisząca te słowa dalej nie ma chłopaka, co utwierdza ją w przekonaniu, że staropanieństwo i że ten owczarek alzacki, ju noł.

do tego z nadmiaru czasu odkryłam rzecz paskudną, której się wstydzę potwornie, bo wyszło mi,  że jestem zazdrosna i to tak irracjonalnie i głupio, że ujawniam ten fakt tylko w celu ukarania samej siebie. takie paradowanie w worku pokutnym 2.0.

ewolucjo i energio wiązań chemicznych! weźcie mi ześlijcie jakieś zajęcie, bo coś mnie trafi i nie będzie to miało zbyt wysokich walorów estetycznych.

pełnia

8 mar

chciałam coś napisać, ale obawiam się, że dzisiaj wyjdzie mi jedynie melancholijny bełkot.

za taki stan rzeczy winię pełnię, która świeci księżycem prosto w oczy i wyspać się nie pozwala i sprawia, że ludziom odbija jeszcze bardziej niż na co dzień. dziwka z tej pełni. śniłam sny po niemiecku dzisiaj nad ranem. nowa jakość koszmarów, sami przyznacie. skąd mi się ten niemiecki wziął nie mam pojęcia.

i mężczyzn też winię, bo dzisiaj mi niby wolno i kto mi zabroni? miesiąc temu myślałam, że w ten weekend… ale nie, nigdzie nie jadę i niech się skicha, bo miał swoją szansę. byłam miła jak mi kazano, nie prezentowałam na starcie swojej ciemnej strony, powtarzałam sobie “be open, be avialable”, ale moja cierpliwość ma swoje granice. poza tym wolę perkusistów.

póki co skupiam się na małych radostkach takich jak wyciągnięcie z szafy ulubionych szpilek i wpływanie mocą umysłu na słupek rtęci termometru zaokiennego. niestety moje jedi mind tricks są średnio efektywne, ale grunt to się nie poddawać. prawda?

Katowice – miasto…

3 mar

no właśnie, czego? waham się ostatnio między “wielkich wykopów”, a “galerii handlowych”, ale te dwa tytuły cudownie się dopełniają.

ja wiem, ja rozumiem, naprawdę dociera do mnie, że żyjemy w kraju aspirującym do i mającym ogromną moc nabywczą, generalnie debetową, ale już nie bądźmy drobiazgowi. uczelni, liceów i gimnazjów mamy zatrzęsienie, a gdzieś ta młodzież musi się konsumpcyjnie wyszaleć z kartą kredytową mamusi i/lub tatusia.

już się pogodziłam z budową vagina center. przyzwyczaiłam się już do tego, że muszę wyjść wcześniej albo biec albo się spóźnię. rozumiem, że syf i błoto i panowie budowlańcy. milcząco przyjmuję wszystkie projekty budowania kolejnych świątyni handlu tu i tu i jeszcze tam. moja cierpliwość jest jednak surowcem nieodnawialnym, a władze wyczerpały ją pomysłem “rozorajmy rynek”.

kocham moje piękne miasto, ale dlaczego nie można z głową i etapami, a trzeba na hurra, tego zrozumieć nie potrafię. już teraz omijam 3 maja jeśli mogę, bo ostatnio niemal straciłam życie przez zderzenie z tramwajem gdy próbowałam umknąć przed szarżującą na mnie betoniarką.

nie wątpię, że będzie pięknie i wspaniale i można będzie przejść przez rynek do Teatru Śląskiego bez narażenia nóg lub (co gorsza) obcasów na złamanie. i żeby było lepiej musi być gorzej. i że to takie polskie narzekać, że się nie dzieje, a gdy się zaczyna dziać to narzekać, że za dużo i za szybko. i wierzę, że komunikacyjny horror będzie tego wart.

trochę tylko smutno, że akurat teraz mój teleporter jest w przeglądzie.

-

a na oficjalnym profilu miasta na twarzoksiążce można zobaczyć zdjęcia trzech panów na torach nie licząc łopaty. praca wre!

wstydliwe wyznania

23 lut

mam takich dużo, a kilka z nich nawet ujrzało już światło dzienne tudzież nocne, ale przede wszystkim twitterowe. za dużo mnie na tym twitterze stanowczo.

takie pierwsze z brzegu to “nie lubię miłych ludzi”, bo mili ludzie są nudni i irytujący tym swoim dobrem promieniującym na wszystkich i wszystko i do wyrzygania i ratunku. mili ludzie są realnym odpowiednikiem papierowego bohatera z powieści. niby jest i niby nie masz nic do zarzucenia i fajnie, ale taki nieprawdziwy i gdzie są emocje i zdzierżyć nie możesz, tzn. ja nie mogę.

kobiet też nie lubię, w moim wieku i młodszych. starszych jakoś ta reguła nie dotyczy. nie żeby od razu wszystkich, ale czasem aż mnie trzęsie ze złości i ręka (w realu) bądź opuszki palców (po Internetach) świerzbi by dać upust tłumionym emocjom. dla równowagi jeśli już jakąś polubię to stosuję zasadę równych i równiejszych i może taka panna robić głupoty, za które inna zostałaby wdeptana w ziemię.

czasem mam napady, że będę zen i kwiat lotosu na spokojnej tafli jeziora i kobieta-anioł i toleruję pewne osoby w ramach triumfu ducha nad materią. co gorsza, robię to często nieświadomie i wszystko jest w porządku do momentu kiedy odkrywam, że nie lubię i irytuje mnie, takie odkochanie się i opadające łuski z oczu. wtedy od zera do setki w ułamku sekundy i głupie pytanie o godzinę jest w stanie doprowadzić mnie to wybuchu.
a dla osób, których nie lubię jestem bezwzględna, rzekomo.

bywam też dziko zazdrosna, neurotyczna i maniakalno-depresyjna.
to tak w ramach “nie mówcie, że nie ostrzegałam”.

-

obiecuję, że kiedyś napiszę coś ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. coś co będzie miało ręce i nogi i nie będzie przerostem formy nad treścią. albo treścią bez formy. coś co przykuje uwagę od pierwszego zdania i będzie trzymać w napięciu do błyskotliwej puenty. kiedyś, ale nie dzisiaj.

dołeczki

19 lut

bynajmniej nie takie od uśmiechu w policzkach. “bynajmniej”, a nie “przynajmniej”. tak żeby nie było żadnych wątpliwości.

żeby tego było mało źle dobieram sobie lektury. powinnam postawić na wesołe książeczki w kolorowych okładkach, a tu same Palahniuki i Karpowicze bądź brutalne mordy pod skandynawskim niebem. w szarości.
i biorę tę całą literaturę zbyt poważnie, zbyt osobiście. szczególny problem stanowią autorzy pokolenia siedemiks. miałam być chłopcem urodzonym w latach 70-tych piszącym duszną od emocji prozę. traf chciał, że jestem dziewczynką z polibudy z dwoma ósemkami w metryce. duszącą się od emocji.

gdybym była jednak neurotycznym trzydziestokilkuletnim literatem nie odkryłabym remedium na koszmarne sny. albo leczyłabym się whisky. albo lekami. albo lekami z whisky. nieekonomicznie i niezdrowo (w opcji 2 i 3).

a tak moim talizmanem jest koszulka Roberta i o tym tak naprawdę jest ta notka. odnalazłam uznany za bezpowrotnie stracony t-shirt i śpię spokojnie.

bezsensowny ciąg myślowy – cała ja.

nosi mnie

13 lut

od kilkunastu dni.

budzę się w środku nocy z niemym krzykiem i migotaniem przedsionków. przechodzę od względnego spokoju do skrajnej wściekłości w czasie, którego nie powstydziliby się konstruktorzy porsche. książka nie potrafi przykuć uwagi, muzyka drażni, a cisza irytuje. na nic nie mam ochoty. mówiąc “nic” jestem tak bliska prawdy jak to tylko możliwe. seks? nie, dziękuję. czekolada? zjem, ale bez przekonania. wino? może innym razem…

no ewentualnie bym komuś przysunęła z otwartej. i rozpłakała się – w tym jestem ostatnio dobra.

potworny jest ten luty. myślałam sesja – nerwy, przejdzie mi. tymczasem nie przechodzi, a jest coraz gorzej. niech ktoś przyjdzie, uratuje, ugłaszczę, bo się wykończę i to dość szybko.

ni mniej, ni więcej, a “jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi” wersja Katowice.

Vici

30 sty

Reblogged from Gorzki żywot Irenki:

Kliknij, aby wyświetlić oryginalny wpis

Ten jeden raz możecie utożsamić Irenkę z autorką i pomnożyć ten strip razy trzy.

To wszystko co mam na swoją obronę.

veni, vidi i... nici. ech.

no phone

25 sty

A: co jest?

ja: rozwaliłam Jeżynkę.

A: o czyjąś twarz?

ja: nie…

A: o ścianę rozmawiając z nim?

(nie mam pojęcia o jakiego niego miałoby chodzić, ale niech będzie.)

razem z BB umarła część mojej duszy, a że nie miałam jej za wiele na starcie to jaki jest efekt każdy widzi. a jeśli nie każdy to przynajmniej Katowiczanie, którzy mieli przyjemność być świadkami mojego śmiechu pełnego radości gdy na rogu Opolskiej i Słowackiego zderzyły mi się przed twarzą dwa samochody.
prawdziwa devil’s wife. or something.

anyway… Jeżyna na powidła, ja z jakimś gównianym samsungiem, który zbierał kurz lat ponad 2. matkobosko trzymcie mnie, bo nie strzymia z tą słuchawką. nie dzwońcie do mnie i niech Was ręka boska broni od zmuszania mnie do pisania smsów. łzy w oczach i latające bluzgi, a używam telefonu od pół godziny.

ciekawym jednak doświadczeniem było zajrzenie do pamięci rzeczonego szajsunga, która czyszczona te 2 lata z okładem temu nie była, bo i po co. otóż znalazłam tam dwie mp3: “Orient Express” Muariolanzy i “Fire Fights” So So Modern (OFF Festival 2008 – pamiętamy!) i dobrze, że znalazłam, bo z głupim biiiip biiip zamiast dzwonka oszalałabym już na 100%.

ale bardziej rozbawiły mnie zdjęcia… po pierwsze Michał. Michał, jeden z zastępu Michałów, o którego istnieniu skutecznie zapomniałam, a tu zdjęcie i srrru… tona kurzu wzbiła się w powietrze, wywołując atak kaszlu. dalej Jason Statham w ilości 3. lubię! jak widać mój dobry gust walczył zaciekle i nie dawał się zaślepić pseudomiłostkom. logo Trafri. ojacie… fajnie było, nie? zdjęcie plakatu Muariolanzy (wersja pomarańczowa). jeśli mnie pamięć nie myli plakat ten wisiał w szkole w Chorzowie Batorym (albo Starym). i piękne zdjęcie mojito wykonane w ś.p. Cogitaturze na urodzinach Agaty 7 lutego 2009.

oui, takie rzeczy…

wspomnienia, wspomnienia… miło było, ale teraz na poważnie: z kim mam się umówić żeby dostać nowy telefon? może być nawet curve. oddajcie mi Jeżynkę, bo będzie źle!

-

nuta na dziś jak najbardziej na miejscu

Tagi: , ,

love is in the air

24 sty

nie lubię ślubów i wesel. od zawsze na zawsze. i nie jest to o dziwo niechęć sponsorowana stanem “nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie chce. nikt mi nie poda szklanki wody na starość, a ukochany owczarek alzacki/kot zdąży mi zjeść pół twarzy zanim sąsiedzi się połapią, że ich sąsiadka zza ściany, no wiesz ta stara panna spod 9 to chyba dawno nie wychodziła – może zadzwońmy po policję?”, swoją drogą zanotować: na starość utrzymywać względnie dobre stosunki sąsiedzkie.

moja niechęć jest całkowicie racjonalna i ma podłożę estetyczne. szlag mnie jasny trafia kiedy względnie normalni ludzie o nie najgorszym guście i ciekawych zainteresowaniach nagle, niczym dr Jekyll i Mr Hyde, zmieniają twarz i choćbyś się skichała nie da się, no po prostu się nie da z nimi porozmawiać. sale, nauki przedślubne (u półateistów) i szukanie fotografa można jeszcze przeżyć, ale dusza mnie boli kiedy przychodzi do wybierania kiecek i oprawy całego spędu. tiul, brokat, pawie pióra w tyłku i fontanna z łez wszystkich niewinnych z dobrym gustem dla uświetnienia ceremonii. dżisas krajst, weźcie mnie trzymajcie, bo wyjdę z siebie i stanąwszy obok popełnię zbiorowe, rytualne samobójstwo w stylu double headshot, zgarniając wysokie noty za synchro występu.

jakby tej żółci i jadu było mało ostatnio doszłam do wniosku, że zakochanie i zakochani też mnie irytują. ten etap co to są ślepi i oni i to ich uczucie. i umierają radośnie z miłości, a postronni obserwatorzy umierają z nimi po stokroć.
o Wszechświecie! jaka ja musiałam być irytująca w wieku lat 19 kiedy to wydawało mi się, że kocham na zabój i w męczarniach zejdę z tego padołu łez, bo to jest ten jedyny, ale być z nim nie mogę. a przecież różnica wieku to pikuś, bo ja jestem dojrzała i mamy tyle ze sobą wspólnego. a figa! gówniarą byłam, a łączyło nas tyle, że… szkoda gadać. z tym poprzednim z resztą też i wiem, że rozwaliłabym to szybciej niż zdążyłabym powiedzieć “tak” przy ołtarzu.

jak już mówiłam umrę sama zjedzona przez ukochanego kota, którego najpierw muszę kupić. kot do kochania i życiowy zapas wibratorów do… szuflady.

-

idę się uczyć, bo mam sesję, więc robię wszystko tylko nie to co powinnam, ju noł.

the best of – 2012

18 sty

aby życie w końcu zrozumiało, że to jednak nie Ty powinnaś mieć pod górkę, tylko górka pod Ciebie!

wszystkiego, co fajne, warte uwagi, burzące formę i składające na nowo.

W tym szczególnym dniu kiedy twój wall pęka od życzeń chciałbym ci powiedzieć, że zrobiłem ci przelew oddając ci od serca 56zł.

po 1. wszystkiego najlepszego. po 2. o k***a! niech sie p****e p**** j****y.

Sssooo laaat sssooo laaat eee yyyjeee yyyjeee aaammm !!! Umpf!

żebyś znalazła sobie faceta, a mnie ojca, który mnie wychowa.

nananana w twe urodziny ulepmy bałwana!

-

za te i pozostałe, równie cudne i kochane, ślicznie dziękuję. choć ilością życzeń seksu robicie ze mnie nimfomankę. ;-)

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 245 other followers