jasna cholera

12 Czer

powinnam być za godzinę w pracy, a siedzę w bieliźnie, z mokrą głową i rozważam pomalowanie paznokci, bo niepomalowane paznokcie to katastrofa i nieład (pamiętam, panie Cecko). no i jeszcze chciałam (tfu!) do Sosnowca pojechać, bo czekają tam na mnie nowe buty.

za dużo śpię co nic nie wnosi, bo i tak jestem zmęczona. za dużo pracuję, co również nic nie wnosi. przez jedno i drugie jestem jeszcze nieobroniona i moje plany zostania słoikiem na jesień stoją pod znakiem zapytania. zamiast nurkować w tej chwili w lodówce, zastanawiając się coby tu włożyć do lunchboxa (taka korpo nazwa na pudełko ze śniadaniem), reaktywowałam bloga, bo twitter, mimo swego geniuszu, nie udźwignąłby takiego ładunku chaosu.

przepływa mi przez mózg 1001 pomysłów na sekundę, a sekundy występują pojedynczo, więc nijak tego nie uporządkuję.

dziękuję, do widzenia, dobranoc. wrócę tu pewnie za kolejne pół roku.

 

deadline

3 List

obudziłam się dzisiaj z lekkim atakiem paniki, bo dotarło do mnie, że już listopad. niby nic specjalnie odkrywczego, a wyciągnęło mnie z łóżka o 7 rano, po niespełna 5 godzinach snu, i ustawiło w pozycji na baczność. poczułam powiew deadlinu i dawno zapomniany skurcz w żołądku. całość tych somatycznych objawów była na tyle intensywna, że nawet ja nie potrafiłam ich zignorować.
i’m fucked.

choć oczywiście im bardziej świat mi się wali na głowę i im więcej roboty czeka, tym bardziej mam pomalowane paznokcie.
dzisiaj kolorem dnia została czerwień, pod kolor pościeli. i butów, których nie założę, bo zimno.

pada

30 Paźdź

jakby ktoś pytał to pada. w pomieszczeniu też pada. i w autobusie padało, przecież to jasne.

coś się stało? nie, pada.

jest ciemno, zimno i obrzydliwie. przejeżdżający rowerzysta przyprawił mnie o migotanie przedsionków. w autobusie schowałam się za najnowszym numerem Polityki, w nadziei, że spoglądająca z okładki Kostucha odstraszy potencjalnych natrętów. oczywiście nie odstraszyła, była zbyt przyjazna. nie to co ja.
du ju spik inglisz? noł aj dont & „gówno mnie obchodzi, że bez mojej pomocy nie traficie do celu” look.

poniedziałkowy ten wtorek, listopadowy ten październik.

Katowice – Dworzec PKP

29 Paźdź

o otwarciu hali dworca nie będzie, bo jej nie widziałam, ludzie mi zasłaniali.

wiem tylko, że kupię na dworcu tusz do rzęs, rajstopy, mrożony jogurt i kawę (mniej lub bardziej hipsterską).

w obliczu tych informacji, nowy dworzec może być przystankiem dla nieszczęsnych dziewcząt, które to nad ranem, z mieszkań książąt nie do końca z bajki, i oko rozmazane i dziura w pończosze.

let it snow

28 Paźdź

Technologia tudzież wszelkiego rodzaju social media staną się moim gwoździem do trumny. Coś się mojej kochanej Jeżynce podupcyło i wypluła mi komunikat, że to koniec i go nie ma i nie chce mieć ze mną nic wspólnego i „ale z ciebie głupia dupa”. Komunikat ten był w formie graficznej, przez co mogłam się dopuścić drobnej nadinterpretacji, ale nie zmienia to faktu, że tortury w tajnych więzieniach CIA, w porównaniu do tego co przeżyłam w ciągu opisywanych 5 sekund, to pikuś.
Przed zwinięciem się w kłębek i zalaniem łzami postrzymało mnie jedynie to, że już zalewałam się łzami, zwinięta w kłębek.

Weekend? Ach kochana, cały spędziłam w łóżku i jestem taka obolała…

Zabierzcie ode mnie ten paraliżujący ból, a z radością wytarzam się w białej kupie zwanej śniegiem, półnago. AJ PROMIS!

27 Paźdź

czasem nachodzi mnie myśl, że ok, od teraz będę damą. nie będę przeklinać, kolanka razem i spódniczka co to się kończy 3 cm przed kolanem, a nie 3 cm za tyłkiem.

ale później przychodzi taki dzień, gdy podchodzisz do baru i zadane ci zostaje pytanie w formie twierdzącej i nieznoszącej sprzeciwu „dla pani to, jak się domyślam, coś mocniejszego?” i dochodzisz do wniosku, że głęboko w poważaniu masz lampkę białego wina.

1 Wrz

Słowa, słowa, słowa.
Trzeba na nie uważać, zwłaszcza w Internecie. Napisz, zapisz w schowku, ochłoń, przemyśl, edytuj, naciśnij „wyślij”. Albo „delete”. A w zasadzie to może po prostu nie pisz?

„Jeśli nie masz nic mądrego do napisania to nie pisz wcale” – wytatuuję sobie tę myśl na wewnętrznej stronie powiek. I jeszcze post scriptum o opinii, którą sobie sama wypracowałam. Ale z drugiej strony czym ja się przejmuję? Przecież nie ma takich osób jak ja. Z moimi huśtawkami nastrojów i emocjonalnym ekshibicjonizmem bardziej nadawałabym się na artystkę sadzącą krzaki pomidora w pisuarach – Nowy Jork lata ’80. Wtedy ci wszyscy życzliwi, mający 1001 zdań na mój temat mogliby do woli i na głos, a nie półgębkiem i za plecami. Mogliby nawet się nazwać krytykami sztuki. Niepowetowana strata.

Koniec ze zbitym pieskiem. The bitch is back.

just do it

7 Lip

copywriterzy stojący za kampanią reklamową Nike byliby ze mnie dumni.
od dłuższego czasu nie myślę i ograniczam się do działania. choć i działanie te nie jest jakieś spektakularne, ot kolejny tydzień na autopilocie.

brak refleksji wpłynął wymiernie na częstotliwość wypluwania przeze mnie treści w odchłań Internetu, co widać choćby w notce poniżej, a konkretnie w dacie jej dodania.

w tak zwanym międzyczasie:

1. regularnie odbywałam podróże do Rybnika mimo, że ani Rybniczanie ani ja specjalnie zachwyceni tym faktem nie byliśmy.

2. znalazłam pracę, z której mnie pewnie lada dzień wywalą.

3. skończyłam studia (tak jakby).

wczoraj pierwsza partia moich byłych znajomych nabyła, na drodzę sesji samoponiżenia, kolejne 3 dodatkowe literki do wstawienia przed nazwiskiem. skłoniło to moje osobiste synapsy do wygenerowania niewielkiego impulsu elektrycznego, a z nim myśli, że wypadałoby w końcu zacząć pisać tę pracę magisterską. dobrze, że trwało to nanosekundę i już prawie zapomniałam.

z tyłu głowy telepie mi się słowo „mediocrity”. na szczęście jestem głupia i nie wiem co to znaczy, bo inaczej istniałoby niebezpieczeństwo, że beznadzieja dnia codziennego przeważy wrodzoną niechęć do kaca i wpadnę w alkoholizm.

a tymczasem nad Katowicami żar się z nieba leje i wszyscy tęsknią za zimowym narzekaniem na siarczysty mróz.

el promotorro

25 Maj

możemy tam wszystko wrzucić, ale wtedy wyjdzie z tego dyplomu cegła i majątek pani zapłaci za wydruk i oprawę.

czasem uwielbiam mojego promotora.

zerojedynka

24 Maj

nocne rozmowy z A., mimo, że znamy się dość przelotnie, często schodzą na tematy, o których tylko z najlepszą przyjaciółką i to po kilku głębszych.

od kilku dniu dni prześladuje mnie pewna rozmowa o systemie dwójkowym w związkąch i o tym, że nie ma przed nim ucieczki.

lepiej być numerem 2 niż być numerem 0.

powiedział A. co w ostatecznym rozrachunku okazało się być prawdą objawioną. niestety wszystko co wymyka się 0 i 1 prędzej czy później zostaje wyeliminowane.

tak mi się pan skojarzył, panie Janerka.